Był głównym składnikiem mojego pożywienia; towarzyszył mi od najmłodszych lat życia. Miałem dostęp do dobrego chleba. 

Pamiętam drewniane dzieże wyszczerbione zębem czasu, wypalone blachy, które wyszły spod ręki wujka kowala oraz gliniany piec chlebowy w starym drewnianym domu nad Wisłą.
Pamiętam spracowane na roli ręce babci i jej siostry, które z mąki zmielonej z własnego żyta wyrabiały ciasto na chleb.
Bardzo lubiłem ten przyjemny,  lekko kwaskowy zapach świeżości.
Jak przez mgłę, ale wydaje mi się, że jeszcze pamiętam ten smak 
– 
smak prawdziwego, żytniego chleba, na zakwasce, jak mawiały babcie.

Ze wzruszeniem wspominam moje wakacyjne przygody na wsi w okolicy Maciejowic, a w szczególności żniwa: zwijanie powróseł, stawianie snopków, bieganie na bosaka po rżysku, wspinanie się na rosnącą na miedzy starą gruszę oraz podziwianie okolicy, jadąc na furze ciągniętej przez konie.

Ale najlepiej pamiętam szczeniackie czasy, jazdę na rowerze z pajdą w ręku oraz ganianie w trampkach po starym parku w którym mieszkałem.

Cała osada – bo nie była to nawet wieś – to zabytkowy park ze starodrzewem dostojnych dębów i rozłożystych lip,  który powstał w 1896 roku z woli  Kajetana Jana Kantego Konstantego hrabiego Kickiego, razem z ufundowaną przez niego szkołą.

Chleb przyjeżdżał niebieskim Żukiem.

Nie można było przegapić tego ważnego momentu – warkot silnika słychać było z daleka. Tak samo jak karoseria dostawczaka, błyszczała chrupiąca skórka chleba, która cieszyła się moim największym uznaniem.
Adnotacja w sklepowym zeszycie zastępowała płatność, która dokonywała się w późniejszym czasie już bez mojej obecności. W chwili, gdy odebrany towar stanowiący podstawę do jej uregulowania dawno był już skonsumowany.

Smak geesowskiego chleba  pamiętam bardzo dobrze.
Był wyśmienity, można go było jeść bez żadnych dodatków. Pajda chleba posmarowanego agrestowym dżemem lub miodem, odsmażana z jajkiem,
a częściej chleb rwany i chowany po kieszeniach, zabezpieczały większość posiłków w ciągu całego dnia. Zerwany z krzaka niemyty pomidor czy ogórek z własnego lub sąsiada ogródka były dopełnieniem tej królewskiej uczty.

Chleb ze smalcem posypany posiekaną cebulą zapamiętałem jako częste danie w ciężkich czasach stanu wojennego i ogólnej biedy w czasach peerelu.

Dojrzałe czasy i emigracja do dużego miasta wystawiły moją miłość do chleba na ciężką próbę.

Ten nowy rozdział w moim życiu to czasy zachłyśnięcia się wielkomiejskością i dostępem do tego, co kiedyś było niedostępne lub zakazane. Nie zawsze było to z pożytkiem dla mojego zdrowia.

Przekonałem  się o tym bardzo boleśnie.

Otrzeźwienie przyszło w samą porę, a grożący palec lekarza stał się symbolem rewolucyjnych zmian w mojej diecie.

Jakież było moje zdziwienie gdy pojąłem, że razem  z galopującym upływem czasu odeszła w niepamięć prawdziwa żywność, a głębokie zmiany, które nastąpiły w ciągu ostatnich lat w rolnictwie oraz przetwórstwie, spowodowały, że to, co tak dobrze zapamiętałem z czasów dzieciństwa jako smaczne i zdrowe, zostało zastąpione masową, fabryczną produkcją i stało się nieosiągalne lub trudno dostępne.

Spośród wszystkich produktów spożywczych chleb „oberwał” najbardziej.

Fabryki chleba, w których nie ma już miejsca dla piekarza, zalały rynek produktami, które z wyglądu są bardzo podobne do chleba.

I właśnie to jest najbardziej niebezpieczne: wygląda jak chleb, pachnie jak chleb, i nawet smakuje jak chleb. A jednak z prawdziwym chlebem, który jeszcze pamiętam, ma już niewiele wspólnego.

Chlebodawca powstał z niezgody na to, co dzisiaj oferuje nam przemysł spożywczy oraz z buntu przeciwko upodleniu tego, co powinniśmy czcić.
Tego, co jest ważnym składnikiem naszego pożywienia.
Tego, co zamiast nas truć, powinno być naszym lekarstwem.

Choć nie było łatwo, od początku wiedziałem, że będę piekł prawdziwy chleb.
Dzisiaj mogę cieszyć się jego smakiem każdego dnia.
Odtworzone stare przepisy oraz stary, żytni zakwas chlebowy dały początek  pasji, którą zainteresowałem wiele osób, zarówno w kraju, jak i poza jego granicami.